Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lipca 2019

Naród i nacjonalizm. Definicje, pojęcia, dyskursy

Co znaczy pojęcie naród i inne ściśle powiązane z nim słowo nacjonalizm? Jeśli chodzi o naród to niemal każdy słownik może nam podać jego mniej lub bardziej rozwiniętą definicję. Znaczenie tego wyrazu może nam się wydać oczywistością, zwłaszcza jeśli chodzi o nasz, polski punkt widzenia. Najprawdopodobniej w gimnazjum, bądź szkole średniej na zajęciach WOS-u każdy z nas uczył się rozróżniania pojęć takich jak państwo, kraj, obywatele czy naród. To ostatnie w ówczesnym rozumieniu znaczyło zazwyczaj zbiór ludzi zamieszkujących dane terytorium, mówiących jednym językiem, mających wspólną kulturę i obyczaje. Jednak nie każda definicja jest taka sama i taka prosta. Nie zawsze też naród znaczył mniej więcej to co powyżej napisałem. Na przestrzeni wieków znaczenie słowa naród uległo wielu zasadniczym zmianom. Pojęcie to, na początku przysługujące tylko nielicznym, uprzywilejowanym grupom, z czasem zaczęło się rozszerzać, mieszcząc w sobie coraz więcej zbiorowości. Nawet dziś, współcześnie często zadajemy sobie pytanie – Czym jest naród? Kto należy do narodu polskiego? Jakie są kryteria przynależności do polskiego narodu? Czy obywatelstwo jest tożsame z narodowością? Te i inne zagadnienia są polem do rozważań, dyskusji a nawet ideologicznych sporów. 

Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja z nacjonalizmem. Znaczenie tego pojęcia w dzisiejszym rozumieniu uległo istotnemu przekonstruowaniu. Publiczne nazwanie kogoś nacjonalistą jest traktowane na równi z określeniem go faszystą, bądź nazistą (co nie do końca poprawnie używane jest zamiennie). Zwłaszcza w ustach przedstawicieli lewicujących mediów lub polityków wobec strony przeciwnej staje się takim samym pocałunkiem śmierci jak przyklejanie komuś łatki antysemity. Wiąże się to oczywiście z infamią i publicznym ostracyzmem. Dlaczego tak się dzieje? Niekoniecznie musi to wynikać z wyrachowanej manipulacji, gdyż do pewnego stopnia jest to skrót myślowy oznaczający skrajną formę nacjonalizmu czyli szowinizm. Na nieszczęście dla definicji nacjonalizmu – szowiniści nigdy siebie nie nazywali szowinistami, tylko właśnie nacjonalistami. Dobrym przykładem jest zbrodnicza Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, której działalność stanowczo wykracza poza słownikowe ramy pojęcia nacjonalizm w stronę właśnie skrajnie nacjonalistyczną czyli szowinistyczną. Bowiem termin nacjonalizm sam w sobie nie jest nacechowany pejoratywnie. Nacjonalizm pochodzi od łacińskiego słowa natio, czyli naród. Najprostszą więc jego definicją jest określenie tego pojęcia jako przekonania o tym, że naród jest najwyższą wartością. Ów naród ma też dążyć do budowy własnego suwerennego państwa, które jest wobec niego podrzędne. W samych więc założeniach nie ma niczego jednoznacznie negatywnego. Problem zaczyna się w formie dochodzenia do obranych celów. Kiedy forma opiera się na nienawiści i przemocy wobec innych, wtedy możemy mówić o szowinizmie. O powstaniu pojęcia nacjonalizm najprawdopodobniej możemy mówić od XVIII wieku. Za jego twórców uważa się Jakobinów, którzy działali w rewolucyjnej Francji. Co ciekawe był to ruch lewicowy, wbrew temu z kim wiąże się nacjonalizm współcześnie.  

Na początku należy zastanowić się nad pojęciem narodu. Według klasycznej definicji, którą możemy znaleźć w Słowniku Języka Polskiego PWN, naród to: 

1. «ogół mieszkańców pewnego terytorium mówiących jednym językiem, związanych wspólną przeszłością oraz kulturą, mających wspólne interesy polityczne i gospodarcze»
2. daw. «duża grupa ludzi».

W socjologicznym podejściu badania społeczności narodowych wyodrębniły się trzy koncepcje:

1) Koncepcja naturalistyczna – naród traktowany jest jako grupa genetyczna uwarunkowana biogennie. Jest to twór społeczny uwarunkowany właściwościami środowiska geograficznego, w jakim pewna grupa żyła przez wieki i przekazała swe właściwości psychofizyczne następnym generacjom. 
2) Koncepcja politologiczna – naród według tego ujęcia jest wspólnotą polityczną. Według tego orientacji wspólnoty plemienne w miarę swego wzrostu tworzą instytucje państwowe odrębne od organizacji plemiennych. Bardzo często te instytucje państwowe obejmowały więcej grup postplemiennych. Utworzone w ten sposób państwo zabiegało o utworzenie w swych ramach narodu. Zabiega o połączenie tych grup plemiennych pod względem jednorodnych tradycji , wierzeń, obyczajów lecz przede wszystkim jednoczy je gospodarstwo. Stara się utrwalić poczucie wspólnoty kulturowej i politycznej w stosunku do innych państw- narodów.
3) Koncepcja kulturowa - istotę narodu upatruje się w kształtowaniu się w toku rozwoju historycznego społeczności, które tworzą własną kulturę i w których członkowie narodu uczestniczą w tej kulturze narodowej, obejmującej język, sztukę, obyczaje i naukę itp. Naród jest więc wspólnotą kultury .

Natomiast w klasycznym dziele F. Meineckego Weltburgertum und Nationalstaat możemy znaleźć rozróżnienie pojęć: „naród polityczny” i „naród kulturalny”. Pierwsze z nich, związane z ideą suwerenności ludu, miało proweniencję oświeceniową, francuską, drugie natomiast eksponujące wspólnotę językową, charakterystyczne było zwłaszcza dla niemieckiego romantyzmu.

W przeszłości pojęcie narodu bywało programowo ograniczane do górnej warstwy społeczeństwa (np. polski „naród szlachecki”) i nie obejmowało ludu. 
Polski „naród szlachecki” ukształtował się nie jako naród etniczno-językowy, lecz jako naród polityczny, zjednoczony przez „wspólną historię i konstytucję”, pragnący „kierować swym politycznym przeznaczeniem”. „Bycie Polakiem” oznaczało nie przynależność polityczną, a nie etniczną, o czym świadczy wyrażenie z czasów Rzeczypospolitej Obojga Narodów: „gente Ruthenus (vel Lithuanus), natione Polonus” [Pochodzeniem Rusin (albo Litwin), narodowością Polak]. 

W tym miejscu przychodzą mi do głowy słowa polskiego filozofa, publicysty i działacza narodowego Wincentego Lutosławskiego dotyczące kryteriów przynależności do narodu polskiego:

Do polskiego narodu należą spolszczeni Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Cyganie, Żydzi, jeśli żyją dla wspólnego ideału Polski. (…) Murzyn lub czerwonoskóry może zostać prawdziwym Polakiem, jeśli przejmie dziedzictwo duchowe polskiego narodu, zawarte w jego literaturze, sztuce, polityce, obyczajach i jeśli ma niezłomną wolę przyczyniania się do rozwoju bytu narodowego Polaków.

Myślę, że warto w tym momencie sięgnąć do słownikowego rozwinięcia hasła nacjonalizm, aby łatwiej było poruszać się dalej w  rozpoczętych przeze mnie wywodach na ten temat. W Encyklopedii PWN widnieje taka o to definicja: 

Nacjonalizm [łac. natio ‘naród’]: przekonanie, że naród jest najważniejszą formą uspołecznienia, a tożsamość narodowa najważniejszym składnikiem tożsamości jednostki, połączone z nakazem przedkładania solidarności narodowej nad wszelkie inne związki i zobowiązania oraz wszystkiego, co narodowe, nad to, co cudzoziemskie lub kosmopolityczne; ideologia polityczna, wg której podstawowym zadaniem państwa jest obrona interesów narodowych, a jego zasięg terytorialny winien odpowiadać obszarom zamieszkanym przez dany naród. 

Jeśli przez „nacjonalizm” rozumiemy uznanie priorytetu lojalności „narodu”, to nasuwa się nam wniosek, że szlachta polska była świadomie „nacjonalistyczna” od początku „demokracji szlacheckiej”. Z tego punktu widzenia Andrzej Frycz Modrzewski, postulujący równość mieszkańców państwa wobec prawa i unarodowienie Kościoła, powinien być traktowany jako jeden z pierwszych teoretyków politycznego „nacjonalizmu” .
Można więc stwierdzić, że polski „nacjonalizm” (w Kohnowskim sensie tego terminu) zrodził się jako nacjonalizm „polityczny” – czyli nacjonalizm „zachodniego” typu. Możemy zatem zaryzykować twierdzenie, że jego początki były dawniejsze od początków zarówno niemieckiego, jak i nawet francuskiego nacjonalizmu. Świadomość obywatelska polskiej szlachty z epoki rozkwitu demokracji szlacheckiej była bowiem jednym z najważniejszych i najdojrzalszych przejawów „politycznego nacjonalizmu” pierwszego okresu europejskiej historii nowożytnej.
Kiedy jednak współcześnie słyszymy hasło „nacjonalizm” zazwyczaj jego użycie ma postać bardzo nieprecyzyjną, wielce uproszczoną, gdyż  jak wspominałem na początku dzisiejszy odczyt tego pojęcia zazwyczaj ma formę jedynie jego skrajnej formy, tj. „szowinizmu”. 

Za Słownikiem Języka Polskiego PWN warto przypomnieć znaczenie szowinizmu. Widnieją tam dwa znaczenia. Szowinizm jest to, więc: 

1. «postawa, którą charakteryzuje brak tolerancji i przyznawanie uprzywilejowanej pozycji własnej płci, rasie lub grupie»
2. «skrajny nacjonalizm wyrażający się w bezkrytycznym stosunku do własnego narodu oraz w pogardzie i nienawiści do innych narodów».

Zrównanie nacjonalizmu z jego najskrajniejszą formą zdarza się nagminnie i to nie tylko w środowiskach uchodzących za lewicowe i demoliberalne. Przyjrzyjmy się kilku przykładom z polskiego internetu, gdzie nacjonalizm występuje jako największe zło, tożsame z faszyzmem i nazizmem (które zazwyczaj traktowane są jak synonimy):

30 września 2008 roku na stronie wiadomości.wp.pl ukazał się artykuł zatytułowany: Prezydent L. Kaczyński: nacjonalizm jest złem. Możemy się stamtąd dowiedzieć o wizycie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Elblągu, który odwiedził jako pierwsze z około dwudziestu miast odwiedzonych przez niego z okazji 90. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Będąc tam prezydent powiedział: 

Państwo jest wielką wartością, a przywiązanie do państwa, do swojej ojczyzny, które nazywamy patriotyzmem - wystrzegajmy się słowa nacjonalizm, nacjonalizm jest złem

Na portalu ekai.pl, 28 grudnia 2018 roku ukazała się informacja zatytułowana: W Chinach nasila się nacjonalizm. Teza ta jest poparta następującą treścią: 

W Chinach komunistycznych wzmaga się w ostatnim czasie nacjonalizm wielkochiński, któremu towarzyszą odradzanie się kultu Mao Zedonga i walka z obecnością religii, zwłaszcza chrześcijaństwa w życiu publicznym. Na przykład najnowsze hasła, lansowane przez władze partyjne w niektórych miastach tego wielkiego kraju azjatyckiego, mówią o tym, że świętowanie Bożego Narodzenia przez mieszkańców jest „palącym wstydem” i „agresją przeciw kulturze chińskiej”. W wigilię Bożego Narodzenia dyrektor szkoły podstawowej w Sixiangu, stolicy powiatu w prowincji Anhui (wschodnie Chiny) – Dong Xuefeng zgromadził wszystkich uczniów i powiedział im, że święto to jest obrazą narodu chińskiego z powodu upokorzeń, jakie zadały mu w przeszłości mocarstwa zachodnie, z których wszystkie były chrześcijańskie. Po jego wypowiedzi jeden z uczniów przypomniał, że nazajutrz po Bożym Narodzeniu wypadają urodziny Mao Zedonga i Chińczycy powinni świętować ten dzień

Wydaje mi się, że problem zauważony w tekście przywodzi na myśl bardziej skrajny komunizm, chociażby w wersji stalinowskiej niż nacjonalizm. Chociaż warto pamiętać, że władza komunistyczna w Chinach jest chińska, w tym sensie, że kraj ten nie ma nad sobą jakiegoś Kraju Rad, Wielkiego Brata, któremu by podlegał w kwestiach politycznych i któremu przypadałyby najważniejsze decyzje. Chińscy komuniści sami mają całość władzy w swoich rękach, więc można powiedzieć, że chiński typ komunizmu rzeczywiście ma co najmniej znamiona iście nacjonalistyczne.  

25 kwietnia 2018 roku fakty.interia.pl opublikowały tekst USA: Macron krytykuje nacjonalizm. Prezydent Francji przemawiał wówczas na amerykańskim Kapitolu:

Nie podzielam fascynacji nowymi silnymi mocarstwami, porzucaniem wolności i iluzją nacjonalizmu.
Możemy wybrać izolacjonizm, wycofanie i nacjonalizm - jest taka opcja. Może być ona dla nas kusząca jako tymczasowe lekarstwo na nasze lęki. Jednak zamknięcie drzwi na świat nie powstrzyma ewolucji świata.

Według mnie w tym wypadku główną problematyką jakiej dotknął prezydent Macron nie jest nacjonalizm (amerykański), tylko imperializm. Jednakże jedno, nie tylko nie wyklucza drugiego, ale nawet wynika z siebie. Wydaję mi się, że nacjonalizm w tym kontekście używany jest jedynie jako narzędzie do realizacji interesów imperialnych, a mówiąc konkretniej jest narzędziem uwiedzenia własnych obywateli do poparcia mocarstwowej polityki władz Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. 

W wiadomościach dziennika.pl 2 maja b.r. pojawił się artykuł zatytułowany: Papież krytykuje "rosnący nacjonalizm". "Porzuca ideę dobra wspólnego".

Kościół obserwuje z zaniepokojeniem ponowne ujawnianie się, po trosze wszędzie na świecie, agresywnych prądów wobec cudzoziemców, zwłaszcza imigrantów, a także rosnącego nacjonalizmu, który porzuca ideę dobra wspólnego.

21 kwietnia 2018 roku na stronie rmf24.pl pojawiła się informacja: "Stop dla faszyzmu i nacjonalizmu". W Gdańsku demonstrowało ponad tysiąc osób. Dalej dowiadujemy się:

Około 1500 osób - według szacunków policji - zebrało się przed Ratuszem Głównym Miasta Gdańska. Tyle osób zebrało się na manifestacji pod hasłem "Gdańsk mówi NIE dla nacjonalizmu i faszyzmu". Tak władze miasta reagują na zeszłotygodniowy przemarsz członków Obozu Narodowo-Radykalnego, który odbył się z okazji 84. rocznicy utworzenia tej organizacji.

W tym miejscu mamy do czynienia nie tylko z użyciem słowa nacjonalizm jako szowinizm, jak było w wielu przytoczonych przypadkach, ale także mamy taką zbitkę wyrazów jak „nacjonalizm i faszyzm”. Potraktowane jako tożsame, co może mieć uzasadnienie, gdyż nacjonalizm może być jedną z części składowych, elementów faszyzmu, jak częściowo miało to miejsce chociażby w modelu włoskim, który nie był całkowicie obcy ideowo przedwojennej RNR „Falandze” Bolesława Piaseckiego. Jednakże w tym przypadku nie wydaje mi się to najlepszy zestaw słów, gdyż są zbyt ogólne i nic z nich nie wynika. 

26 czerwca 2018 roku na stronie dziennikwschodni.pl autor podpisany opr. łm zamieścił artykuł pod tytułem: Episkopat o pielgrzymkach narodowych: Nacjonalista nie jest patriotą. Możemy tam znaleźć fragmenty Słowa Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek o pielgrzymowaniu narodowym:

„Fenomen pielgrzymowania jest dynamiczny, żywy i otwarty na nowe znaki. Wymaga więc ewangelicznego rozeznania. Elementy patriotyczne (flagi narodowe, sztandary kombatanckie, stroje uczestników) nie są czymś niewłaściwym podczas liturgii pod warunkiem, że nie wywołują wzburzenia i sporów ideologicznych” 

„Nacjonalizm, zwłaszcza w swoich bardziej radykalnych postaciach, stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu (...) Nacjonalista nie jest więc patriotą. Prawdziwy patriota, miłujący swój naród, nie ulega agresji i instynktom nakazującym wykluczanie i stygmatyzowanie społeczne innych osób, różniących się światopoglądem, wiarą, pochodzeniem etnicznym czy odcieniem skóry.”

Dokument ten jest ostrą krytyką nacjonalizmu, który według Episkopatu „stanowi antytezę prawdziwego patriotyzmu" .

Zabawne w tym miejscu wydają się być słowa słynnego Prymasa Tysiąclecia Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który swego czasu miał powiedzieć: 

„Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu”.

Jeśli chodzi o temat nacjonalizmu w ujęciu polskim, warto sięgnąć do twórczości profesora Bogumiła Grotta, który w dziele, zawierającym prace wielu naukowców i publicystów, pod swoją redakcją, zatytułowanym Różne oblicza nacjonalizmów, we wstępnym rozdziale Nacjonalizmy jako problem badawczy we współczesnej Polsce (zamiast wstępu) zauważył istotne problemy dotyczące badania nacjonalizmu  w naszym kraju. Jego zdaniem temat ten jest uwikłany w spór ideologiczny, uniemożliwiający rzetelne podejście do niego. Badacz stwierdza, że taka sytuacja spowodowana jest „nawykami myślowymi z poprzedniej epoki” połączonymi ze skrajnym liberalizmem, który postuluje o relatywizowanie, a niekiedy nawet zaprzeczanie wartości narodu, ojczyzny i patriotyzmu, co z kolei prowadzi do szczególnej krytyki wszelkich idei i wartości, kojarzonych z każdą formą nacjonalizmu. W efekcie czego (w szerokiej opinii publicznej) nie przyjmuje się do wiadomości faktu wielkiego zróżnicowania nacjonalizmów, których odmiany nierzadko odwołują się do odrębnych a nawet sprzecznych względem siebie założeń aksjologicznych .















































https://image-media.gloria.tv/bonifacius/i/w6/835cu8w4iuvt8wlbc1dhljrsw8wlbc1dhljrv.jpg;
https://sjp.pwn.pl/sjp/narod;2487039.html;
Turowski J. Wielkie struktury społeczne, „Naród jako społeczność ideologiczno-kulturowa”, Koncepcje narodu, s. 144-146;
Walicki A. Wstęp, Idee i koncepcje narodu w polskiej  myśli politycznej czasów porozbiorowych pod red. Janusza Goćkowskiego i Andrzeja Walickiego, s. 11;
Walicki A., Idea narodu w polskiej myśli oświeceniowej*, Szlachecki republikanizm wieku świateł [w:] Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej, s. 40;
Lutosławski W., Posłannictwo polskiego narodu, Warszawa 1939, s. 23–24;
https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/nacjonalizm;3945094.html;
Walicki A., Idea narodu w polskiej myśli oświeceniowej*, Szlachecki republikanizm wieku świateł [w:] Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej, s. 40, 41;
https://sjp.pwn.pl/slowniki/szowinizm;
 https://wiadomosci.wp.pl/prezydent-l-kaczynski-nacjonalizm-jest-zlem-6036779525371009a;
https://ekai.pl/w-chinach-nasila-sie-nacjonalizm/;
https://fakty.interia.pl/swiat/news-usa-macron-krytykuje-nacjonalizm,nId,2573700;
https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/596999,papiez-nacjonalizm-antysemityzm-suwerenizm.html;
https://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-stop-dla-faszyzmu-i-nacjonalizmu-w-gdansku-demonstrowalo-pon,nId,2572163;
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/7/74/Green_flag_with_symbol_of_falanga.svg/2000px-Green_flag_with_symbol_of_falanga.svg.png;
https://www.dziennikwschodni.pl/kraj-swiat/episkopat-nacjonalista-nie-jest-patriota,n,1000221581.html;
Czaczkowska E., Kardynał Wyszyński. Biografia, Znak 2013, s. 378;
Grott B., Nacjonalizmy jako problem badawczy we współczesnej Polsce (zamiast wstępu) [w:] Różne oblicza nacjonalizmów pod red. Grotta B., Kraków 2010, s. 9-10.          

niedziela, 30 czerwca 2019

Oda do Janusza






Zasiadam w fotelu śniadaniowej telewizji,
w głowie mej wiele pomysłów i wielkich wizji.
Szeroki uśmiech mam pod wąsem, 
traktuje innych z pogardą, cynicznie kręcąc nosem. 

Ignorowany jestem przez was, intelektualistów, 
lecz poparcie mam młodzieży, wszystkich indywidualistów. 
 Nienawidzę profesorów i tfu gejów, feministek i lewaków. 
dlatego głoszę wraz z innymi wielkie hasła: „Polska dla Polaków!”

Demokracja to ustrój słaby i wadliwy, 
strasznie chwiejny i wcale nie sprawiedliwy. 
 Pełen korupcji, bzdur, fałszu i nonsensów.
przez to nigdy nie ujrzę w pierdlu Tusków, Kaczyńskich i Wasłęsów. 

Nienawidzę europejskich urzędasów, 
Bruksela pełna jest debili, aferzystów i kutasów. 
Budzą oni we mnie wstręt i obrzydzenie.
a w sejmie, na całe szczęście, widuje same łosie i jelenie.

Zaprowadzę w państwie nowy ład i porządek,
zapobiegnę rzezi niewiniątek.  
Zniosę biurokrację i oligarchię.
dając w zamian wam monarchię.

Ludzie w końcu mi uwierzyli i oddali na mnie głos, 
chociaż od porażki dzielił mnie tylko jeden włos.
W końcu stałem się ich królem,
a teraz kłaniają mi się w pas, chociaż z wielkim w sercu bólem.

Wszyscy byli w szoku, 
lewacy mnie pytali: "Jak mogłeś wygrać, ćwoku?". 
Teraz muszą wypełniać każdą moją wolę. 
pracują ciężko, pod nosem nucąc: „Ja Pierdolę!”.
            
Wtedy właśnie moich wrogów i ignorantów, 
dziennikarzy i lewackich palantów.
Do więzienia was wszystkich wtrącę,  
może wreszcie zrozumiecie, że ja tu teraz, kurwa, rządzę! 

Lecz spokojnie, bez nerwów, 
Co najwyżej będę tylko królem smerfów, 
To się nigdy nie wydarzy, 
nawet u tych niebieskich zadymiarzy. 

Jestem patriotą i nie zdradzę mej ojczyzny, 
młody żem duchem, lecz pochodzę z kasty starszyzny. 
Chociaż pełno jest we mnie chamskiej szczerości,
to sam przyznaję, brak mi zwykłej ludzkiej życzliwości. 


czwartek, 9 maja 2019

No Coments: Emocje prawdę powiedzą?


Echa międzynarodowej akcji #MeeToo, nadal nie gasną. Niedawno miałem okazję przeczytać newsa o tym, jak jeden z tych „potworów w ludzkiej skórze”, „zboczeńców” i „erotomanów”, Woody Allen, na szczęście, znowu ma problemy związane ze swoją niechlubną przeszłością. W wyniku oskarżeń o molestowanie seksualne, jakie wysunęła jego przybrana córka Dylan Farrow, nikt już nie chce współpracować z reżyserem. Wielu aktorów i aktorek publicznie odmawia grania w jego filmach, a kilku zadeklarowało, że żałuje, że już w nich zagrało. I słusznie. Zwłaszcza, że Allen, jak dobrze wszyscy wiemy, jest przecież okropnym zboczeńcem i powinien być ukarany za swoje postępowanie. 


Jak ostatnio doniósł „New York Times”, cztery największe wydawnictwa książkowe w USA odmówiły podjęcia rozmów w sprawie wydania wspomnień Allena w formie autobiografii. A kto by chciał poznać, jak naprawdę było, skoro wszyscy mówią, że Allen jest okropnym pedofilem? Ja na pewno nie. To bardzo słuszna decyzja, a drogie panie z #MeeToo nie pozwalają nam o tym zapomnieć. Uważam, że powinno się wymazać nazwisko Woody’ego Allena z pamięci, żeby żaden normalny człowiek nie mógłby o nim nigdy usłyszeć. 

Zaraz, zaraz…. Co jest, do cholery? Bijecie mi brawo? Uśmiechacie się do mnie? Mówicie mi, że mam rację i powinno mi się polać? Lajkujecie moje posty i piszecie w komentarzach, że: Woody Allen jest potworem i powinno się go nie tyle zamknąć w pierdlu, ale i jeszcze publicznie dokonać egzekucji? Zgadzacie się z tą „biedną”, „skrzywdzoną” dziewczynką, jaką była w latach 90-tych Dylan Farrow (prawdziwa córka byłej partnerki życiowej Allena, Mii Farrow), że Allen dotykał ją w „tych” właśnie miejscach? W Punkt G? Oznajmiacie, że popieracie działania Dylan i Mii Farrow, zgadzacie się z Jude’m Law i z wieloma innymi aktorami i aktorkami, że dobrze robią, że już nigdy nie będą pracować przy jego filmach? 

A skąd w ogóle macie taką pewność, że to co wszystko mówią lub piszą, jest prawdą? Skąd wiecie, czy to co ja napisałem jest w 100% prawdą? Dlaczego tak uważacie, skoro Ja napisałem, podkreślam, tylko we wstępie tego tekstu to, że Woody Allen jest zboczeńcem? Czy przedstawiłem wam jakieś logiczne argumenty, potwierdzające tezę, że reżyser jest winny? Rozmawialiście z którąkolwiek ze stron? Czy może macie dowody nagrane na telefonach, czy na taśmach i macie absolutną pewność, że Allen jest przestępcom seksualnym? 

Zaraz, co…. co? Że jak? A, no tak! W telewizji żeście się o tym dowiedzieli! W gazecie przeczytaliście o tym! Posłuchaliście się (to jest niezłe) „autorytetów” społecznych, jakim na pewno są inne gwiazdy filmowe i im uwierzyliście! W telewizji żeście się o tym dowiedzieli i uważacie to za pewniak. Od razu stwierdziliście, że to co wam powiedzieli, to musi być prawda. A czy telewizja pokazała jakiekolwiek dowody na to, że Allen jest winny? Nie! To dlaczego wierzycie w to? Nadal wierzycie w to, bo teraz WSZYSCY w to wierzą? Wasi znajomi, przyjaciele, rodzicie, więc wy też? No cóż mogę wam powiedzieć? Gratuluję! 

Ten dość ironiczny (i również emocjonalny) wstęp był dość długi, ale jakoś musiałem zacząć moje dywagacje nad tym, co się teraz dzieje w mediach. Burza, jaka się rozpętuje, kiedy ktoś, czy to kobieta, czy mężczyzna, wypowie się przed kamerą, że jakaś osoba publiczna (artysta czy polityk), molestowała ją/jego seksualnie, albo co gorsze, próbowała lub zgwałciła ją/jego wiele lat temu i teraz jest odpowiedni moment, aby wyjść z ukrycia i przekazać tę informację całemu światu. Oczywiście wszystko ma swoje plusy i minusy. Dobrą stroną na pewno jest to, że jeżeli naprawdę dochodziło do tego typu czynów, to teraz nareszcie się ktoś tym zainteresował i taką osobę spotka wreszcie zasłużona kara a ofiara nareszcie odczuje ulgę i będzie mieć poczucie sprawiedliwości. Dość późno, ale zawsze. Z drugiej strony jednak, mamy do czynienia, jak to zwykle bywa, z masową histerią ludzi. Zawsze się coś takiego dzieje. Dzieje się tak, kiedy ci „normalni”, „przeciętni”, niemogący nawet marzyć o dosięgnięciu szczytu Olimpu (personifikacja sławy i pieniędzy. Do tego właśnie poziomu doszła większa część polityków i artystów) przedstawiciele społeczeństwa dowiadują się, że osoby z show businessu jednak mogą zrobić coś złego. Ich ulubieni aktorzy, reżyserzy i muzycy, ludzie będący autorytetami, z których przeciętni chcą brać przykład, jednak mogą być maniakami seksualnymi. 

TO PO PROSTU SZOK! NIE DO WIARY! 

Woody Allen, ofiara czy oprawca? 

Wielu nie może w to uwierzyć. Albo jednak może. Może nawet za łatwo. Zła strona tego wygląda zupełnie inaczej, kiedy mówimy tutaj tylko o podejrzeniach dokonanego przestępstwa przez sławną osobę. Podkreślam, PODEJRZENIACH! PODEJRZENIACH RZEKOMEGO MOLESTOWANIA! RZEKOMEGO GWAŁTU! Musiałem te słowa wyłuszczyć czarno na białym laikom, którzy nie rozróżniają słów: podejrzany o rzekome molestowanie z oskarżonym o molestowanie. Ale nawet jeśli ktoś jest oskarżony o molestowanie, to, UWAGA: wcale nie znaczy, że naprawdę popełnił ten czyn. 

Dam teraz czas wszystkim, ze szczególnym wyróżnieniem przedstawicielek ruchu #MeeToo na przyswojenie tej informacji! 

Redakcja strony Pawlak&Tarka S.A. Culture and Society serdecznie przepraszają wszystkie przedstawicielki płci przeciwnej za ten niestosowny komentarz. Winny został już zwolniony z pracy. 

I teraz to bardzo wrażliwe społeczeństwo szuka dobrej recepty, tzw. „złotego środka”, który mógłby zapobiec dalszym tego typu straszliwym czynom. Żeby nikt już nie stał się ofiarom chorych fantazji tych niewydarzonych, niewyżytych erotycznie hollywoodzkich maniaków. Trzeba w końcu ochronić nasze dzieci w przyszłości przed czymś takim, prawda? Cóż, ludzie MYŚLĄCY, doskonale wiedzę, że nie da się uchronić CAŁEGO społeczeństwa od tego typu przykrych doświadczeń. Osobiście bardzo bym tego chciał, ale dobrze wiem, że nie wystarczy tak tylko powiedzieć, czy wprowadzić w życie jakąś ustawę, polityczny manifest jak zrobili to Szwedzi w roku 1972, tworząc tzw. "Rodzinę Przyszłości". Albo pójdźmy jeszcze dalej. Wprowadźmy przymusową kastrację wszystkich mężczyzn. To już zdecydowanie lekka przesada, chociaż wiele feministek pewnie by się ucieszyło na samą myśl o tym, gorzej z normalnymi kobietami. 

Redakcja strony Pawlak&Tarka S.A. Culture and Society jeszcze raz serdecznie przeprasza wszystkie przedstawicielki płci przeciwnej za ten niestosowny komentarz. Winny zwolnienia winnego, właśnie został zwolniony z pracy. 

A więc co robi nasza wrażliwa część społeczeństwa? To co umie najlepiej. Najpierw panikuje. Po panice przychodzi czas na szukanie winnych (zajmuje im to góra par dni, aż znajdzie się przywódca stada) i utworzenie ugrupowania, bądź kilku, który stałoby na straży moralności i zwalczałoby tego typu sytuację. A potem wszczyna się krucjatę! Oczywiście jesteśmy ludźmi cywilizowanymi i jak na XXI wiek przystało, nie mówimy tutaj o średniowiecznej krucjacie  z Ogniem i Mieczem przeciwko muzułmanom, atakującym Jerozolimę. Chodzi o krucjatę moralną. Szczególnie teraz, kiedy widzę co się teraz dzieje, jaka jest reakcja społeczeństwa na każde, nawet najmniejsze podejrzenie o popełnienie jakiegoś ciężkiego przestępstwa, jakim niewątpliwie jest molestowanie seksualne, lub pedofila. Media widzę siebie wtedy w potrójnej roli - policjanta, sędziego i kata. Trzy w jednym. W dodatku mają swoją „ławą przysięgłych”. Są nimi wcześniej wspomniane wszelakiego rodzaju organizacje feministyczne, ruchy walczące o prawa człowieka (koń by się uśmiał), które gdyby tylko dostały kogoś podejrzanego, lub prawdziwego winowajcę w swoje ręce, to postąpiłyby jak XV-wieczna hiszpańska inkwizycja - Na stos z nimi!  

Kevin Spacey, ofiara czy oprawca? 

Ale w takim razie co można powiedzieć o przypadku Woody’ego Allena? Albo Michaela Jacksona? Czy oni są winni? Czy oni też powinni być publicznie potępieni i wykluczeni z naszego społeczeństwa? A Kevin Spacey? Kwestię Spacey’ego możemy badać w kontekście podobnym do Harveya Weinsteina (przypomnijmy, producent filmowy został oskarżony przez ponad 70 kobiet o molestowanie i wykorzystywanie seksualne. Z tego powodu powstała akcja #MeToo), gdyż aktora oskarżyło aż 30 mężczyzn o niestosowne zachowanie wobec nich. Innymi słowy, wykorzystywał ich seksualnie. Przynajmniej oni tak twierdzą. Bo przecież nic mu nie udowodniono. Media donoszą co prawda, że jedna z ofiar nagrała całe zajście, lecz skoro tak było, to dlaczego (jak było w przypadku Weinsteina), nie upublicznił tego w Internecie? Skoro wiele osób tak robi, to czemu nie doczekaliśmy się Taśm prawdy Kevina Spacey’ego? 

I to samo jest z Woodym Allenem i Michaelem Jacksonem. Nie ma żadnych dowodów na ich winę. Jedyne co właściwie zdołaliśmy usłyszeć, lub przeczytać, to słowa ludzi oskarżających ich o popełnienie przestępstwa. Nie dostaliśmy żadnych materiałów video, czy taśm z głosem Jacksona i Allena, którzy popełniają dany czyn, czy też nakłanialiby swoje rzekome ofiary do czegoś wbrew ich woli. Dziennikarze śledczy (jeśli w ogóle takowi byli) nie przedstawiły nam żadnych dowodów. Jedyne co udaje im się robić, to po kolei, kroczek po kroczku usuwają pamięć po Jacksonie, bojkotując granie w radiu jego największych przebojów, praktycznie nie zadają pytań, ani nie rozmawiają o tym, czy te oskarżenia są prawdziwe czy fałszywe, a zamiast tego rozpowszechniają na cały świat film produkcji HBO „Leaving Neverland”, w którym to panowie James Safencuck i Wade Robson wyznają, że w przeszłości byli molestowani przez Króla Popu. Wszyscy uznali go za obrzydliwego pedofila, a echa tej afery dotarły także i do Polski ponieważ patronem Amifteatru, który znajduje się na warszawskim Bemowie, został właśnie Jackson. Teraz władze dzielnicy Bemowo chcą zmienić swoją decyzję, tłumacząc się, że Amfiteatr powinien zmienić swoją nazwę, gdyż jej patron jest obciążony oskarżeniami o pedofilię. Chociaż władzom nie przeszkadzało to że oskarżenia tego typu wysunięto w stronę Jacksona, z których został on oczyszczony już w roku 2004. Przypadek? 

A jak zareagowali normalni ludzie na te oskarżenia? Jak zareagowali jego fani? Czy zadali sobie trochę trudu i przyjrzeli się tej sprawie bliżej? Cóż, ci ludzie, w większości przynajmniej, zachowali się jak prawdziwi, zdrowo rozsądkowi i myślący obywatele wolnego świata……... I uznali, że media mają rację! A co żeście myśleli? Że spróbują myśleć samodzielnie? A skąd! Tysiące, jeśli nie setki tysięcy amerykanów, szczycących się swoją wolnością wypowiedzi i demokracji  i tak dalej, uznało, że pamięć po zmarłym już dawno artyście muzycznym powinna zostać usunięta raz na zawsze, za to, że przecież był złym, okrutnym i brutalnym gwałcicielem małych dzieci. Nic mu nie udowodniono, ale i tak nie mieli z tym żadnego problemu. Obrońcy Jacksona również się pojawili, ale niestety, robią dokładnie to samo, co jego przeciwnicy. Obrzucają wyzwiskami i obelgami panów Safenchuka i Wade’a, wyzywając ich od najgorszych. 

Woody Allena też w tym wszystkim siedzi po uszy. A właściwie musi w tym wszystkim siedzieć, czy tego chce, czy nie. Czy molestował małą dziewczynkę w przeszłości, czy nie, to nie ma znaczenia. Ludzie się o tym dowiedzieli i rozpętała się wielka afera. Czy jednak decyzja czterech największych wydawnictw książkowych w Stanach Zjednoczonych o niewydaniu autobiografii reżysera, w której sam zainteresowany przedstawiłby swoje zdanie na temat całej tej sprawy i miałby jakąś szansę obrony, jest dobra? Ja uważam, że jest zła. Oczywiście nie oznaczałoby to też, że wszystko co napisze, jest prawdą. Ludzie, którzy go nie lubią i tak nie uwierzą. Ale co z ludźmi postronnymi? Neutralnymi? Czy oni nie chcą poznać, co ma do powiedzenia w sprawie oskarżeń? Panie Farrow przedstawiły swoje argumenty w najważniejszych amerykańskich dziennikach telewizyjnych i już znamy ich stosunek do amerykańskiego reżysera. Czy nie mamy prawa dowiedzieć się co Allen sądzi o tym wszystkim? Według Czterech Największych Wydawnictw Książkowych w USA…. Nie. A przynajmniej oni nie przyłożą do tego swoich rąk. 

Oczywiście upraszczam te słowa, ale inaczej nie da się tego skomentować. No może się da, ale to jest męczące. Ludzie łatwo ulegają manipulacji. Bardzo łatwo. I nawet przez myśl im nie przychodzi to, że jeżeli większa część społeczeństwa popada w masową histerię, to jest coś nie w porządku. Po prostu nie myślą wtedy samodzielnie. A jak histeria, to w grę wchodzą emocje. I tutaj docieramy do sedna tego wszystkiego. Emocje. Emocje, to coś co łączy wszystkich ludzi. Dobrze wiemy, że emocje mogą być pozytywne, ale i też negatywne. A emocje często nacechowane negatywnymi konotacjami są dość powszechne. Zwłaszcza, jeśli pojawiają się w kontekście osoby publicznej, oskarżanej o popełnienie straszliwego czynu. Nie ma tutaj już miejsca na normalną, mądrą i rzetelną dyskusję. Wystarczy wspomnieć o słowach Matta Damona, który w programie ABC krytycznie wypowiedział się o akcji #MeToo. Powiedział coś takiego: 

Myślę, że to ważny moment, w którym kobiety czują się na tyle pewnie, że głośno opowiadają o tym co je spotkało. To bardzo ważne. Jednak trzeba pamiętać, że jest różnica między poklepaniem po tyłku, a gwałtem czy molestowaniem. Obie rzeczy powinny zostać skonfrontowane, ale nie można ich do siebie porównywać. Żyjemy w czasach poprawności politycznej, ale chyba nikt z nas nie jest idealny. 

Nie trzeba było długo czekać na reakcję członkiń ruchu #MeToo, które uznały go za osobę, delikatnie mówiąc, niepoczytalną. Przekazy medialne ukazują nam obraz ludzi w tak negatywnym świetle, że odbiorcy aż kipią negatywnymi emocjami. Są oni nimi tak nabuzowani, że gdyby tylko zobaczyli osobę podejrzaną, tylko podejrzaną o coś złego, albo, jak w przypadku Damona, powiedziała coś nie tak, wedle ich racji, to natychmiast dokonaliby publicznego linczu. Nie tylko dokonaliby samosądu na jego ciele, ale także i na jego duchu. Na pamięci o tej osobie. A to bardzo źle wróży o kondycji naszego społeczeństwa, jeżeli będziemy opierać się tylko na emocjach, a nie na zdrowym rozsądku. 

Jeszcze na sam koniec mam tylko jedno pytanie…. A co się stanie, jeśli to facet jest molestowany przez kobietę? Albo został nawet przez nią zgwałcony? Czy wtedy też będzie mógł liczyć na wsparcie i pomoc organizacji typu #MeToo? 

Redakcja strony Pawlak&Tarka S.A. Culture and Society chciała jeszcze raz serdecznie przeprosić wszystkie kobiety, które mogły poczuć się urażone tym artykułem. Winni, zwolnienia winnych, właśnie zostali zwolnieni z pracy. Szczególnie zwracamy się tu do organizacji feministycznych, obrońców praw człowieka i ludzi o lewicowo-liberalnych poglądach, a także do przywódców i przywódczyń wcześniej wspomnianych ruchów. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że zależy wam na prawach i przywilejach obywatelskich każdego człowieka i wcale nie spoglądacie tylko na swój czubek nosa. 

wtorek, 30 kwietnia 2019

Pruchnicki Judasz jak "Dziady" Dejmka

 

W ostatnim czasie w wielu mediach głośno jest o sprawie "sądu na Judaszem", który odbył się w Wielki Piątek w podkarpackiej miejscowości Pruchnik. Chodzi o zwyczaj, w którym kukła symbolizująca Judasza zostaje poddana sądowi i karze, w tym wypadku było to pobicie kijami, wieszanie, podpalenie i wrzucenie do rzeki. Brzmi makabrycznie... Tak czy inaczej, ten ludowy obyczaj występuje w wielu krajach w okresie przed wielkanocnym. 


Kukła Judasza z Pruchnika, część kilkusetletniej, polskiej tradycji 

Obyczaj ten sięga XVIII wieku. Łączy się bezpośrednio z pogańskim obyczajem topienia Marzanny, który w tej formie został niejako zaprzęgnięty do tradycji ludowo-chrześcijańskiej. W czasach współczesnych zachował się głównie na południu Polski. A jeśli chodzi o Podkarpacie to etnografowie uznają ten zwyczaj za szczególnie wyróżniający dla tamtego terenu. W wielu częściach Europy również nadal praktykuje się ten obrzęd. Jednakże w Pruchniku kultywowanie go okazało się dosyć problematyczne... Posypały się kary (nie tylko dla Judasza). Dlaczego? Jak możemy wyczytać w wielu mediach na wydarzenie negatywnie zareagowało izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Światowy Kongres Żydów, a także Konferencja Episkopatu Polski, która ogłosiła, że nie będzie tolerować objawów pogardy. Podkarpacka policja, oprócz stwierdzenia wykroczeń takich jak: blokada pasa ruchu czy naruszenia przepisów przeciwpożarowych, podobno zebrała materiały dotyczące nawoływania do nienawiści na tle narodowościowym... Od organizatorów sądu nad Judaszem odciął się także burmistrz Pruchnika. Jednakowoż zrobił to w dość osobliwy sposób, niejako potwierdzając moją teorię: "[...]W obecnych czasach, gdy próbuje się przypisać Polakom zbrodnie dokonane przez okupantów podczas II wojny światowej, podobne inscenizacje mogą zostać wykorzystane przez wrogów naszej Ojczyzny jako przykłady rzekomego antysemityzmu Polaków".
Co więc budzi największe kontrowersje? To, że Judasz był Żydem (ale również  pierwszym szmalcownikiem, który za pieniądze wydał swojego rodaka Jezusa na śmierć), więc znęcanie się nad jego kukłą może być (i właśnie tak się stało) przyczyną do zarzutów o (mityczny, wyssany z mlekiem matki polskiej faszystowskiej) antysemityzm. Co prawda, Żydzi (głównie Chasydzi) mają analogiczny zwyczaj (chociaż w obu przypadkach nie jest wielce popularny czy dominujący), a mianowicie podczas święta Purim, niekiedy poddaje się podobnym torturom kukłę Hamana - znienawidzonego przez Żydów perskiego wezyra. Ale jak to mówią "co wolno wojewodzie...". Jak już wspominałem, ten zwyczaj nie powstał w 2019 roku, spowodowany wybujałymi roszczeniami środowisk żydowskich (którym wcześniej uległa już Szwajcaria) i wspieraną je amerykańską ustawą nr 447, która ma wywrzeć na Polskę skuteczne naciski w sprawie spłacenia mienia bezdziedzicznego, które według prawa polskiego przechodzi na Skarb Państwa lub gminę, którego bezpotomny zmarły był obywatelem (polscy Żydzi byli obywatelami Polski). 
To, że akurat teraz przyczepiono się do tej (skądinąd dosyć niszowej) tradycji przypomina mi sytuację (której nie mogłem jeszcze widzieć na własne oczy, bo za młody jestem) z Marca 1968 roku, a ściślej mówiąc do punktu zapalnego tamtych wydarzeń. Wtedy też, a właściwie trochę wcześniej, bo 25 listopada 1967 roku miały premierę "Dziady" Adama Mickiewicza, w reżyserii Kazimierza Dejmka, będącego w tamtym czasie również dyrektorem Teatru Narodowego, w którym ów spektakl się odbył. Wywołał on wielki skandal, co stało się przyczyną zdjęcia przedstawienia, co z kolei spowodowało rozruchy społeczne, głównie wśród studentów. Spektakl miał uświetnić obchody 50. rocznicy rewolucji październikowej (może dlatego, że Mickiewicz miał sympatie rewolucyjne, ale  przypuszczam, że niekoniecznie wyobrażał sobie wersje bolszewicką). Nadmiernie żywa reakcja widzów na najbardziej patriotyczne fragmenty sztuki spowodowała, że władze Polski Ludowej uznały ją za "antyradziecką". A sam Władysław Gomułka nazwał spektakl "nożem w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej"... A przecież Mickiewicz, podobnie jak komuniści walczył z caratem. Przecież, nawet w "Dziadach" zamieścił wiersz "Do przyjaciół Moskali", gdzie wspomina rosyjskich przyjaciół i niesprawiedliwości jakiej doznali od despotycznego cara. Podejrzewam, że słynny dramat, a właściwie cykl dramatów polskiego wieszcza narodowego był grany niejednokrotnie w polskich teatrach przed tą premierą (chociażby "Dziady" Jerzego Grotowskiego z 1961 roku w Teatrze "13 Rzędów" w Opolu) i nikt nie widział w nich nic zdrożnego dla socjalistycznego systemu. Podobnie z pruchnickim "sądem nad Judaszem" - podobno odbywał się kilka lat wcześniej i wtedy nie było słychać o żadnej antysemickiej aferze z Podkarpacia... No, ale wtedy nie było jeszcze ustawy nr 447, a i same roszczenia żydowskie były nieco mniej śmiałe i skromniejsze. Wygląda na to, że już niebawem będzie trzeba powołać specjalny organ administracji publicznej, który będzie zatwierdzał projekty Judasza a nawet Marzanny czy jakichkolwiek kukieł przeznaczonych do utylizacji. Ktoś przecież musi stwierdzić czy przypadkiem kukła nie ma jakichś niearyjskich cech albo czy się komuś z kimś albo z czymś za bardzo nie kojarzy. Witaj cenzuro...       












piątek, 19 kwietnia 2019

Artyści a Polityka - walka o wolność naszą i waszą Cz 3. - Filmy Fabularne


Film Fabularny 

Pierwszym obrazem fabularnym były Narodziny Narodu Davida Warka Griffitha z 1915 roku. W historii amerykańskiej kinematografii był to pierwszym filmem nakręconym z iście epickim rozmachem, gdzie po raz pierwszy zastosowano dynamiczny montaż oraz kładziono duży nacisk na przedstawianą historię. Był jednym z pierwszych filmów, posiadających fabułę, będąc adaptacją powieści Thomasa F. Dixona J. Koszt produkcji wynosił 110 tysięcy dolarów, co jak na tamte czasy było bardzo dużym budżetem. Jednak wzbudził on sporo kontrowersji, ponieważ fabuła przedstawiała losy dwóch rodzin: Stonemanów i Cameronów, którzy po wybuchu wojny secesyjnej, stanęli po przeciwnych stronach konfliktu. Lecz nie to stanowiło dla nich prawdziwe zagrożenie, gdyż w tym samym czasie, po południowych stanach zaczęli panoszyć się dawni czarnoskórzy niewolnicy. Ich jedynym zajęciem było bicie białych mężczyzn, gwałcenie białych kobiet i łamanie ogólnego porządku publicznego. Sytuacja wydaje się beznadziejna, do czasu kiedy odbywa zwaśnione rodziny godzą się i ratują mieszkańców, zakładając Ku Klux Klan. Pierwotnie film miał nosić tytuł Człowiek klanu, jednak ta pierwsza wersja spotkała się z dużą (negatywną) reakcją ze strony publiczności. Narodziny Narodu wywołały wielką burzę, szczególnie wśród społeczeństwa afroamerykanów i na głosy sprzeciwu nie trzeba było długo czekać. Z jego powodu, doszło do wielu bójek a nawet zabójstw na tle rasowym. Griffitha oskarżano o poglądy rasistowskie, gloryfikowanie działalności Ku Klux Klanu, a także przestawienie czarnoskórych amerykanów w negatywnym świetle. Ponadto zakazano wyświetlania filmu w wielu dużych miastach Stanów Zjednoczonych. Oczywiście reżyser starał się zrehabilitować i rok później nakręcił czteroczęściową epopeję pt. Nietolerancja, będącą opowieścią o wpływie nienawiści na losy ludzkości. Lecz nie przeszkodziło to wcale twórcy na zarobieniu ponad 2 milionów dolarów. Mimo wielu kontrowersji, do dziś dzieło Davida Griffitha uważa się za jedną z największych osiągnięć amerykańskiej kinematografii. 

Kadr z filmu Davida Griffitha, Narodziny Narodu, 1915 r. 

Przełom lat 20-tych stanowił powstawanie pierwszym filmom komediowym, zwłaszcza specyficznego rodzaju komedii filmowej, nazwany burleską. Burleska opierała się na komizmie sytuacyjnym i na gagach. Do największych twórców ówczesnej komedii należeli Buster Keaton i Charlie Chaplin. W filmografii Chaplina możemy odnaleźć wiele nawiązań do sytuacji społeczno-politycznej USA. Wcielając się w niezapomnianą rolę Trampa (czyli Włóczęgi), Chaplin wykreował postać niezdarnego, pechowego, aczkolwiek posiadającego złote serce bohatera, który walczy o przetrwanie w czasach drapieżnego amerykańskiego kapitalizmu. W swoich filmach reżyser przedstawiał m.in. problem nierówności społecznej, w której bogaci mają władzę nad zwykłymi ludźmi, popierał działania aktywistów społecznych.  powstanie związków zawodowych i prawa pracownicze. Przez swoje lewicowe poglądy, Chaplin trafił na tzw. „Czarną listę Hollywood”, a dla FBI, a przede wszystkim dla jej założyciela, Edgara Hoovera, był komunistą, stanowiącym realne zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. 

Charlie Chaplin w swojej charakterystycznej roli Włóczęgi (Trampa) z wąsikiem, melonikiem na głowie i obdartym ciasnym żakietem, 1920 r. 

Filmy Chaplina dawały ludziom radość, ale również poważnie skłaniały ich do refleksji. Brzdąc, nakręcony w roku 1921, opowiadał jedną z wielu historii o Trampie, będącym wędrownym szklarzu (w następnych częściach Tramp podejmuje się różnych zawodów, począwszy od pomocnika farmera, poszukiwacza złota, kończąc na roli klauna i robotnika w fabryce). Pewnego razu znajduje on porzucone niemowlę. Mimo początkowej niechęci, Tramp przygarnia chłopca i zaczyna go traktować jak swojego syna. Przez cały czas musi radzić sobie z trudami codziennego życia, brakiem perspektyw i środków do życia, na dodatek opieka społeczna chce zabrać mu dziecko i umieścić w sierocińcu. Najbardziej zapadająca w pamięć jest właśnie ta scena, kiedy chłopczyk rozpacza podczas rozstania z bohaterem. 

Scena śniadania z filmu Brzdąc, 1921 r. 

Zupełnie innym filmem jest Dyktator, nakręcony w 1940 roku, będący zarazem pierwszym udźwiękowionym obrazem Charliego Chaplina. Ukazał w nim swoje satyryczne podejście do dwóch dwudziestowiecznych dyktatorów – Adolfa Hitlera i Benito Mussoliniego, oraz ich ideologii nazistowskiej i faszystowskiej. Adenid Hynkel (Chaplin) zostaje przywódcą Tomanii, kraju wzorowanego na Niemcy. Pragnie zawładnąć światem, a do tego celu potrzebuje pieniędzy i sojuszników w walce z sąsiednim państwem Osterlich. Dlatego próbuje pożyczyć pieniądze od żydowskich bankierów, którzy mu odmawiają. Oczywiście to mu się nie podoba, przez co pała chęcią zemsty na całym narodzie żydowskim. Zawiera przy tym sojusz z przywódcą Bacterii Benzino Napalonim. W tym samym czasie represje reżimu Hynkela dotykają Tomańskiego fryzjera, kropka w kropkę przypominającego  dyktatora. Wkrótce fryzjer trafia do obozu koncentracyjnego, z którego ucieka, przebrany za Hynkela. Film był zabawny i inteligentny. Chaplin w groteskowy sposób wyśmiewał Adolfa Hitlera, nie kryjąc specjalnie z wymyślaniem fikcyjnych imion czy nazw państw.
Na reakcję ze strony władz niemieckich nie trzeba było długo czekać. W Niemczech zakazano puszczania Dyktatora, a także wcześniejszych i późniejszych dzieł anglika, a sam reżyser został skazany na śmierć. Zaocznie, oczywiście. 

Scena słynnego przemówienia Dyktatora Adenida Hynkela, Dyktator, 1940 r. 

Jednak patrząc na filmografię Charliego Chaplina, możemy dojść do wniosku, że w tamtych czasach jeszcze nikt nie nakręciłby filmu, obalającego ten mit „idealnego”, „wspaniałego” rządu Stanów Zjednoczonych, który jest sprawiedliwy i miłosierny dla każdego amerykanina. Tym właśnie USA miało się wyróżniać od państw totalitarnych (Niemcy, Związek Radziecki) jak również od innych krajów demokratycznych (Wielka Brytania czy Francja). Ba, nikt nie śmiał nawet myśleć o tym, że jest inaczej! Żadnemu z ówczesnych twórców filmowych nie przyszło do głowy, żeby oskarżać amerykański rząd, kongres (izbę reprezentantów i senat) o korupcję i niekompetencje. W końcu Stany Zjednoczone miały być najlepszym przykładem tego, że demokracja jest jedynym słusznym  i niepowtarzanym ustrojem na świecie. Ten mit wkrótce został w końcu obalony za sprawą filmu Franka Carpy, Pan Smith jedzie do Waszyngtonu (1939). 

Młody idealista i patriota Jefferson Smith (w tej roli James Stewart) zostaje wybrany senatorem na miejsce swojego zmarłego poprzednika. Zostaje nim tylko dlatego, że najbardziej wpływowi politycy chcą go kontrolować i przepychać projekty (niezgodne z prawem), które zagwarantowałyby im miliony dolarów. Prostoduszny i uczciwy nowicjusz nie daje się jednak wplątać w sieci intryg politycznych i dzięki pomocy swojej sekretarki Saunders (Jean Arthur), ujawnia szwindle senatorów z obydwu wielkich partii (Republikańskiej i Demokratycznej) i staje się bojownikiem w walce o sprawiedliwość. 

Scena przesłuchania Jeffersona Smitha przed komisją senacką w Waszyngtonie, 1939 r. 

Obraz Franka Carpy wzbudził wiele kontrowersji w kraju. Żaden z obywateli USA nie brał pod uwagę jak wielu senatorów i kongresmenów w Waszyngtonie ma za nic prawa, zapisane w konstytucji. Oskarżenia w kierunku reżysera płynęły z wielu stron, zarówno z prawej jak i lewej strony sceny politycznej. Senat skorumpowany? Tuż to świętokradztwo! Amerykanie byli dumni z demokracji i ówczesnego rządu, na którego czele stał prezydent Franklin Delaon Roosvelt. To Roosvelt w latach 30-tych zapewnił wielu ludziom pracę i przywrócił im nadzieję na lepsze jutro w czasach Wielkiego Kryzysu końca lat 20-tych. Mimo wszystko, film zdobył 11 nominacji do Oscara, w tym za Najlepszy Film, Najlepszą Reżyserię, Najlepszą Rolę Pierwszoplanową Męską, Najlepszą Rolę Drugoplanową Męską, itp., lecz Oscara dostał tylko Sidney Buchman za Najlepszy Scenariusz. Pan Smith jedzie do Waszyngtonu był pierwszym filmem, który krytycznie oceniał sytuację polityczną USA. Na następne tego typu obrazy trzeba było czekać aż do końca lat 60-tych, kiedy nastąpiła zmiana pokoleniowa i coraz więcej osób zaczynało odkrywać ciemne strony „Amerykańskiego Snu”. 
Po zakończeniu II wojny światowej, w roku 1945, świat po raz kolejny był stanął przed kolejnym zagrożeniem. Silne napięcia między państwami Bloku Wschodniego (Komunistycznego) i Zachodniego (Kapitalistycznego), spowodowały, że dawni sojusznicy w walce z Nazistami, stali się wrogami. Rozpoczął się okres Zimnej Wojny. Ten stan napięcia ideologicznego i militarnego trwał od roku 1947 do 1991 (kiedy rozpadł się Związek Radziecki). Wtedy świat po raz pierwszy (i niestety pewnie nie ostatni) stanął na krawędzi wojny nuklearnej. Rozpoczął się okres tzw. „Wyścigu zbrojeń”, popularnego w tamtych czasach określenia rozbudowy arsenału nuklearnego w państwach Bloku Wschodniego i Zachodniego. 
W te okropne czasy ogólnoświatowej paranoi wpisał się Stanley Kubrick, reżyserując film Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1964) oparty na powieści Petera George’a Two Hours to Doom (tytuł amerykańskiego wydania brzmiał Red Alert (Czerwony Alarm). Kubrick stworzył świetną satyrę dotyczącą Zimnej Wojny, zwłaszcza irracjonalności wojskowej doktryny wzajemnej anihilacji. Obłąkany generał Jack Ripper (Sterling Hayden), z nienawiści do komunistów, wydaje samowolnie rozkaz ataku atomowego na ZSRR. Nie zamierza podać tajnego kodu dzięki któremu można by było zawrócić samoloty. Prezydent USA (Peter Sellers) oferuje Rosjanom zestrzelenie własnych samolotów. Natomiast doradca prezydenta i były nazista dr Strangelove (ponownie Peter Sellers) uświadamia mu, że odwet ze strony radzieckiej jest nieunikniony i proponuje zejście do podziemnych kopalń na 100 lat. 

Peter Sellers w filmie Dr Stranglove, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę (1964 r), w trzech rolach, Prezydent USA Merkin Muffley (pierwszy od lewej), Dr Stranglove (w środku) i kapitan Lionel Mandrake (z prawej). 

Stanley Kubrick zrobił coś, czego jeszcze nigdy nie zrobił żaden filmowiec, mianowicie czytając poważną skądinąd powieść Petera George’a, doszedł do wniosku, że broń atomowa w rękach niezrównoważonego psychicznie wojskowego oficera jest tak niepokojąco śmieszne, że postanowił przesunąć ów problem w kierunku czarnej komedii. Było to o tyle niepokojące, że nikt wtedy nie odważył się żartować z realnego zagrożenia wojny między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi. Kubrick nie miał takich oporów. Reżyser w groteskowy sposób przedstawia  najważniejszych oficerów armii USA, którym bardziej niż na dobru Stanów Zjednoczonych, zależy na własnych ambicjach i obsesyjnej nienawiści do komunistów, których są gotowi zniszczyć, nie zważając na cenę. Oprócz tego, najważniejszy przywódca tzw. "Wolnego Świata", prezydent USA nie umie sobie poradzić z tym realnym zagrożeniem. Szczególnie widać to w scenie, kiedy prezydent  dzwoni do premiera ZSRR, Dimitriego Kisowa, (kompletnie pijanego), żeby go powiadomić o tym, że jeden z jego generałów rozkazał zaatakować jego kraj. 

Scena rozmowy prezydenta USA z premierem ZSRR, Dr Stranglove, czyli jak przestałem się bać i pokochałem bombę, 1964 r 

Wojna w Wietnamie poważnie zachwiała pewność siebie i wiarę we własne możliwości społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. Jej mieszkańcy zaczęli mieć wątpliwości, czy każda wojna, w którą zaangażowany jest rząd, jest słuszna i wymaga poświęcenia tylu amerykańskich żołnierzy. Wywołało to ostre konflikty społeczne. Przedłużająca się wojna powodowała powiększenie zakresu poboru młodych ludzi do wojska, co skutkowało masowymi uchyleniami się od obowiązkowej służby (większość uciekała do Kanady lub Meksyku). Według danych z 1971 roku, ponad 20 tysięcy żołnierzy zdezerterowało, a około 1 tysiąca osadzono w więzieniu. Masowo tłumiono protesty antywojenne, a do największego tego typu przypadku doszło w roku 1970 na uniwersytecie w Kencie, gdzie oddziały Gwardii Narodowej zastrzeliły czterech demonstrujących studentów. Wydarzenie to wstrząsnęło całym społeczeństwem. Duża część amerykanów doszła do wniosku, że działania wojsk amerykańskich w Wietnamie są nielegalne lub wręcz zbrodnicze. Wszystko to doprowadziło do spadku zaufania wobec sił zbrojnych i instytucji rządowych. 

Pluton, reż. Oliver Stone, 1986 r 

Łowca jeleni, reż. Michael Cimino, 1978 r 

Czas Apokalipsy, reż. Francis Ford Coppola, 1979 r 


W tym czasie powstało wiele filmów antywojennych, jak Łowca jeleni Jeleni (1978) Michaela Cimino, czy Czas Apokalipsy (1979) Francisa Forda Coppoli. Najsłynniejszą trylogię wietnamską stworzył Oliver Stone. Twórca wzbudzających skrajne emocje filmów, Stone znany jest ze swoich lewicowych poglądów, często nazywany przez złośliwych „lewakiem”, oraz „pożytecznym idiotą z Hollywood”, chociaż sam nigdy nie przyznawał się do popierania Partii Demokratycznej, która w USA pełni funkcję partii liberalno-lewicowej. W swoich filmach często podkreśla negatywne skutki działania imperialistycznych Stanów Zjednoczonych na inne kraje (Salwador oraz dwa filmy dokumentalne o południowoamerykańskich komunistycznych dyktatorach: South of the Border i cykl wywiadów przeprowadzonych z przywódcą Kuby Fidelem Castro w Castro in Winter), a także podejmuje tematykę wpływu zetknięcia się z wojna na ludzką psychikę (Pluton, Urodzony 4 Lipca, Pomiędzy Niebem a Ziemią) i wpływ dużych korporacji przemysłowych na politykę USA (Wall Street, Wall Street: Pieniądz nie śpi). 


Fragment sceny z filmu Urodzony 4 lipca, reż. Oliver Stone, 1989 r 


CDN. 

MeToo# - Sprawiedliwości stało się za dość?

Echa międzynarodowej akcji #MeeToo, nadal nie gasną. Wcześniej był przypadek przestępstw seksualnych, o jakie zostali oskarżeni Harvey Weins...